A więc tak moje drogie kochane dziewczyny!
Chciałabym się z Wami podzielić historią napisaną przeze mnie, dla mojego przyjaciela. (to taki trochę nieudany eksperyment urodzinowy)
Pojawi się maleńka wzmianka o Brianie., ale będzie on postacią nic nie wnoszącą do opowiadania.
I przyznam się, że napisałam to natchniona opowieścią Ver. :)
Moja praca to badanie trupów. Sprawdzam jak zginęli. Co ich zabiło lub kto. Miałam być pisarką. Teraz badam zwłoki. Moje życie to jeden wielki błąd. Minęłam się zupełnie z celem…
Siedzę przy biurku i czekam na chwilowy przebłysk inteligencji. Na jakikolwiek znak, że nadal mam mózg, że nie został on wyssany przez policyjne raporty i akty zgonów. Wszyscy ludzie z mojej branży próbują rozwikłać zagadkę tajemniczego mordercy, który grasuje po ulicach naszego miasta. A ja próbuję usprawiedliwiać to co znalazłam. Próbuję sobie tłumaczyć, że to nie prawda, że to nie możliwe. Czekam na logiczne wyjaśnienie mojej chwilowej słabości. Wciąż czekam. Ale w przypływie bezsilności rzucam wszystko w kąt, gaszę lampkę i idę do sypialni. Nie zapalając światła, rozbieram się do bielizny i wślizguję pod kołdrę, obok śpiącego już mężczyzny. Mojego męża.
Każdy dzień jest taki sam. Wstaję rano, robię śniadanie, budzę Briana. Wszystko robię mechanicznie. Jakbym została odgórnie zaprogramowana do monotonnego życia. Nic się nie zmieni dopóki morderca nie zostanie złapany. A najgorsze jest to, że ja prawdopodobnie wiem kim on jest.
Brian i ja jemy śniadanie w ciszy. Cieszy mnie fakt, że okazuje mi wsparcie przez milczenie. Na koniec naszego porannego aktu akceptacji całuje mnie mocno w usta i klepie lekko w pośladek, życząc mi powodzenia. Uśmiecham się do niego lekko i wychodzę z domu kompletnie ubrana. Półgodzinna jazda do miejskiego prosektorium, delikatnie mnie uspokaja. Wysiadam z auta i dokładnie sprawdzam zamki. Licho nigdy nie śpi.
Wnętrze budynku mogłoby napawać lękiem każdego. Jest idealnym odpowiednikiem miejsc w, których kręci się filmy mające sprawiać, że ludzie krzyczą: „Nie idź tam!”
Na przekór temu wszystkiemu, idę w stronę sali w, której znajdują się ciała ostatnich ofiar seryjnego mordercy. W ostatnim momencie skręcam w prawo i wchodzę do niewielkiego pokoju dla lekarzy. Zakładam biały kitel i związuję swoje długie włosy w koński ogon na czubku głowy. Następnie zakładam chirurgiczne rękawiczki i wchodzę do pomieszczenia z ciałami bocznym wejściem. Pokój jest niewielki, a na samym jego środku stoją dwa aluminiowe stoły na kółkach. Na nich leżą ukryte pod białymi płachtami zwłoki. Przy jednym ze stołów stoją dwaj mężczyźni. Podchodzę do nich i bez słowa kiwam głową. Chwytam za brzegi materiału i odchylam je do połowy ciała. Obraz który obserwuję, potwierdza moje najgorsze przypuszczenia. Pokiereszowane zwłoki młodej kobiety, pokryte są tatuażami, a ich główny motyw to ptaki i kwiaty.
Godzinne śledztwo kończą z marnym skutkiem. Oni, ponieważ ja wiem kim jest morderca. Jako, że wciąż nie potrafię w to uwierzyć, przestaję myśleć logicznie. Wybiegam z budynku i słyszę tylko echo swoich kroków. Wsiadam do samochodu i kieruję się w miejsce do, którego drogę znam doskonale.
Półgodzinna jazda odrobinę studzi mój zapał i żal. Ale w momencie gdy podjeżdżam pod niewielki biały dom, oddalony pół kilometra od najbliższych śladów cywilizacji, budzi się we mnie złość. Cały czas mam nadzieję, że się mylę. Chcę aby to wszystko okazało się tylko psikusem mojego zmęczonego mózgu. Ale nie dowiem się tego jeśli się z nim nie spotkam.
Staję pod drzwiami i niepewnie dzwonię dzwonkiem. Słyszę jak podchodzi do drzwi i otwiera je powolnym ruchem. Stoi przede mną i patrzy unosząc jedną brew.
- Czemu nie włazisz? -
- Postanowiłam być kulturalna. – spoglądam na niego spod zmrużonych powiek.
- W takim razie zapraszam. – odsuwa się robiąc mi miejsce i kłania się w prześmiewczym geście.
Łapię go za przegub i nie zdejmując butów wchodzę do środka. Nie mówi nic i pozwala mi się prowadzić. Kieruję się do salonu i popycham go na kanapę. Staję w bezpiecznej odległości i wyjmuję telefon z kieszeni. On wciąż patrzy na mnie z niewzruszoną miną. Zawsze zastanawiało mnie to, w jaki sposób udaje mu się tak sprawnie maskować to co czuje.
- Wytłumaczysz mi w końcu o co chodzi? – pyta przełamując ciszę.
- To ja będę zadawać pytania. Ty masz mówić zgodnie z prawdą. – mówię zimno.
Widzę jak bezczelnie wzrusza ramionami i zakłada nogę na nogę. Młodzieńczy nawyk.
- Gdzie byłeś w nocy z 18 na 19 marca? -
Widzę jak mruży oczy i przejeżdża językiem po przednich zębach. Zawsze tak robi gdy kogoś o coś podejrzewa.
- Byłem w domu. Najprawdopodobniej spałem. – uśmiecha się przebiegle.
Patrzę na niego morderczym wzrokiem. Zamierzam powiedzieć mu wszystko, a następnie grać na zwłokę i liczyć na to, że posiłki się nie spóźnią.
- To dziwne…bo mamy kilku świadków, którzy widzieli cię w miejscu gdzie znaleziono ciało pierwszej ofiary naszego sławnego mordercy. -
Oczy mu rozbłysły. Zamyka je i przeciera dłońmi twarz.
- O co ty mnie osądzasz co? – mówi ze złością.
- Po prostu powiedz gdzie byłeś! – krzyczę.
Patrzy na mnie z nienawiścią, której nigdy u niego nie widziałam. Teraz zyskuję pewność, że morderca i mój przyjaciel, to jedna osoba.
- Przykro mi skarbie…nic ci nie powiem. – mówi z triumfem.
W oddali słyszę wycie syren. Wyciągam z tylnej kieszeni policyjną odznakę i unosząc pewnie głowę mówię.
- Daisy aresztuję cię pod zarzutem wielokrotnego morderstwa.
Minął miesiąc od kiedy morderca został zdemaskowany i złapany, a tydzień od kiedy przyznał się do postawionych mu zarzutów. Łącznie zabił piętnaście osób. Prawie każda z jego ofiar zginęła w inny sposób. Trzy kobiety zginęły poprzez wyjątkowo głębokie poderżnięcie gardła. Dwóch mężczyzn zostało oskalpowanych. Siedem osób zostało uduszonych, a trzy zostały otrute.
Każda z ofiar miała charakterystyczny tatuaż.
Stoję przed lustrem i nakładam zielony cień na powieki. Dzisiaj dzień egzekucji mojego przyjaciela. Postanowiłam przyjść ubrana jak najdziwniej. Nie dla bestii którą się stał, lecz dla delikatnego chłopaka, którego znałam.
Maluję usta na czerwono i poprawiam czarny gorset. Wychodzę z łazienki i zakładam glany. Następnie przykrywam głowę czarnym dużym kapeluszem. Przeglądam się w lustrze, a na moich umalowanych ustach, mimo woli pojawia się uśmiech. Zielona spódnica do kolan, gorset, a na to skórzana kurtka. Całość dopełniają ciężkie buty i duży kapelusz. Śmieję się w duchu. Pani policjant i poważny strój na egzekucję seryjnego mordercy. Wychodzę z domu zamykając drzwi na klucz.
Przed budynkiem prosektorium czeka na mnie Veronica. Jej strój, też ma wiele do życzenia. Wygląda co najmniej komicznie, ale o to właśnie chodziło.
- Gotowa? – pyta gdy do niej podchodzę.
- Taaaa- odpowiadam mało inteligentnie, by nie zdradzać, że nie chcę tam wejść. Gdybym powiedziała normalnie, wyczułaby jak bardzo drży mi głos.
Wchodzimy do pomieszczenia w którym zgromadziło się kilkanaście osób. Ludzie patrzą na nas unosząc brwi, ale po chwili odwracając wzrok w kierunku głównej atrakcji. Egzekucji.
Barczysty mężczyzna o śniadej cerze zaczyna czytać akt oskarżenia. Wszyscy wstają, a ja i Veronica podchodzimy do szklanych drzwi i obserwujemy jak przypięty pasami do krzesła Daisy słucha z niewzruszoną miną okrutnych słów. Nagle odwraca wzrok od ściany i patrzy prosto na nas. Lewy kącik jego ust podnosi się ledwo widocznie. W oczach widać tęsknotę.
Mężczyzna kończy czytać pismo. Do niewielkiej izolatki w której zamknięty jest Daisy wchodzi trójka ludzi w białych, lekarskich fartuchach. On wciąż patrzy na nas.
Szturcham ramieniem Veronicę, na znak, że już czas. W tym samym czasie podnosimy do ust trzy palce lewej dłoni, wskazujący, środkowy i serdeczny w geście, który na pewno jest mu dobrze znany. Prostujemy ręce. Następnie przez kilka sekund obserwujemy zdziwienie i podziw na jego twarzy. Otwiera szeroko oczy i patrzy na truciznę powoli wpływającą do jego żył przez plastikową cienką rurkę. Następnie ostatni raz krzyżujemy spojrzenia. Łapię Veronicę za rękę i razem wychodzimy z pomieszczenia.
PS: Gest, który wykonały bohaterki to forma pożegnania bliskiej osoby. Zaczerpnięty z Igrzysk Śmierci.