sobota, 13 czerwca 2015

6.

Dawno mnie tu nie było...

Niezmącona tafla prawdy


Miasto było zatłoczone i duszne. Spowite delikatnym mrokiem, sprawiało wrażenie śpiącego, lekko zmęczonego gwarem całego dnia. Ludzie śpiesznym krokiem przemierzali ulice, zagubieni w sobie, przymykali lekko powieki i odpływali w bezpieczne meandry swojej ospałej świadomości.
Jedną z ulic tego miasta szła pozornie zwyczajna dziewczyna. Miała na imię Monika. Ostrożnie stawiała każdy krok nieświadoma, że już niedługo przeżyje coś, co w jej życiu będzie miało rangę mistycznego objawienia.
Wszystko zaczęło się od niebieskookiej blondynki z mocno wytuszowanymi rzęsami, zwierzającej się ze swojego intymnego problemu…
- No i widzisz ja strasznie się bałam, że on mnie zostawi, a nam przecież tak na sobie zależy. – pociągnęła nosem i kontynuowała swoje wywody – Ja naprawdę nie wiedziałam co mam zrobić z tą sytuacją i podjęłam najgłupszą możliwą decyzję. Jak myślisz, czy to będzie miało wpływ na to co będzie dalej? A jeśli on mnie rzuci?? – zapytała samą siebie zszokowana – O Boże co ja wtedy zrobię?! – zapłakała. 
Przez następne pięć minut na przemian smarkała i opowiadała o tym jak im ze sobą dobrze i jak bardzo go kocha. Siedząca obok Monika, słuchała tego wszystkiego z minimalnym zainteresowaniem. Wydawała z siebie tylko pomruki mówiące, że jeszcze jej słucha. Była nadzwyczajnie spokojna i opanowana. Na przystanek podjechał autobus blondynki, a ona mówiąc z prędkością karabinu maszynowego, uściskała swoją słuchaczkę, wysmarkała nos, pozbyła się tuszu z policzków, poprawiła różową miniówkę, a następnie tanecznym krokiem weszła do pojazdu. Monika zastanowiła się czy to możliwe by blondynka przeteleportowała się w idealnym stanie do autobusu. Niemożliwym jest zrobić tyle rzeczy naraz, bez czasowego wspomagacza.
Następną osobą, której musiała słuchać, była starsza kobieta z otyłym wnukiem. Przez całe pięć minut czekania na autobus narzekała na niewychowaną młodzież, na ich buntowanie się przeciwko wszystkiemu, próżność, brak gustu (tu wyśmiała obcisły strój przechodzącej obok pulchnej dziewczyny). Po każdym głębszym oddechu potwierdzającym błąd w wychowaniu młodych ludzi podawała wnuczkowi kolejnego cukierka. 
Trzecia osobą był postawny pan w garniturze. Flirtował przez telefon z jakąś kobietą. Mówił o tym co zrobi jej, gdy się dziś zobaczą. Wychwalał jej wdzięki rubasznymi tekstami, po czym rozłączył się. Po kilku minutach znowu zadzwonił. Tym razem ton jego głosu bardzo się zmienił. Powiedział, że się spóźni, bo bezlitosny szef dołożył mu jeszcze roboty. No i, że na obiad poprosi schabowego. 
Po tych słowach Monika wstała i szybkim krokiem oddaliła się od przystanku. Zdała sobie sprawę, że kolejnej takiej rozmowy nie wytrzyma i prędzej rzuci się pod nadjeżdżający samochód. 
Skręciła w małe osiedle i nagle doznała dziwnego uczucia, że już kiedyś tu była. Gdy zza zakrętu wyjechał duży czarny samochód, zdała sobie sprawę, że to tutaj po raz ostatni widziała swego ojca. Wsiadł do identycznego samochodu jak ten, który właśnie się przy niej zatrzymał. Jej ojciec wsiadł do takiego auta i już nigdy więcej nie wrócił. Dziewczyna odwróciła się zaniepokojona i nieco szybszym krokiem, zaczęła iść w stronę przystanku, gdy nagle czyjeś silne ręce pochwyciły ją w pasie i uniosły do góry. W następnej chwili patrzyła na świat przewieszona przez ramię wysokiego, ciemnoskórego mężczyzny. Nie zdążyła nawet krzyknąć. Wszystko to stało się tak szybko. W następnej chwili leżała w samochodzie, a ciężkie drzwi, odizolowały ją od bezpiecznego świata. 

- Mamo, a co jeśli pewnego dnia, obudzę się, ale nie będę mogła wstać z łóżka? – zapytała mała dziewczynka bawiąc się makaronem ze spaghetti i przebierając krótkimi nóżkami pod stołem.
- Wtedy nie pójdziesz do szkoły. – odpowiedziała jej rodzicielka zajęta szorowaniem garnka i zmęczona niekończącymi się pytaniami córki.
- Mamo, mamo, ale jeśli obudzę się, otworzę oczy, ale tak naprawdę będę widziała jak śpię. No, że sufit będzie takim wielkim lusterkiem i ja będę się obserwować. Co wtedy mamo?
- Wtedy to ja cię obudzę kochanie – uśmiechnęła się do dziewczynki.
- A jeśli mamo…
- Skończ jeść i idź odrobić lekcje. Jak wróci tata to jemu będzie zadawać takie pytania. 
- Tata nie wróci mamusiu. – powiedziała z powagą tak ogromną, na jaką stać tylko siedmioletnie dziecko. 
Matka przerwała mycie i spojrzała gniewnie na dziecko, które speszone odwróciło wzrok i dokończyło posiłek. 
Dziewczynka poszła do swojego pokoju. Usiadła przy oknie i patrzyła na ulicę. Od teraz będzie sama z matką. Wiedziała, że jej tato nie wróci, ponieważ, gdy ją odprowadzał do szkoły, wsiadł do dużego czarnego auta. Gdy to robił, ona chwyciła go za rękę i zapytała czy może jechać z nim.
- Nigdy tego nie rób. – wyszeptał jej ojciec, a następnie wsiadł i odjechał.
Wiedziała, że więcej go nie zobaczy.

Dziewczyna przez cały czas leżała na tylnym siedzeniu. Miała skrępowane ręce i nogi, a usta zaklejone taśmą. „Nie wsiadłam do tego auta.” – pomyślała „Zostałam do niego wrzucona. To co innego.” 
Od zawsze była dzieckiem, któremu nie towarzyszyło uczucie strachu. Po stracie ojca zamieniło się ono w chłodną obojętność. Cokolwiek się działo, nie bała się. Wtedy do jej umysłu wkradło się nieśmiałe wspomnienie, pewnego pamiętnego dnia. Dnia, w którym wszelkie bariery i mury runęły, obnażając prawdziwy lęk. 

Monika była jedną ze zwiedzających osób, stłoczonych wkoło eksponatu Muzeum Sztuki Nowoczesnej.
- To jest tak nowoczesne, że nawet nie wiem co to jest. – szepnęła do siebie.
Patrzyła na obraz jak zahipnotyzowana. Miała wrażenie, że wszystkie zmysły ją oszukują, zamieniają się miejscami, całkowicie zaburzając postrzeganie rzeczywistości. Że to co widzi, nie zgrywa się z tym co słyszy. Cały świat nabrał innych, ostrzejszych kolorów, jej serce zaczęło szybciej bić.
Widziała małą postać. Potwornie zagubioną w ogromnym świecie. Małą dziewczynkę, która chciała być dorosła, ale nie potrafiła sobie poradzić ze strachem. W rzeczywistości bała się go. Bała się samej świadomości, że coś mogłoby ją przestraszyć. Zaburzyć normalność, która była jej podporą. Widziała siebie w każdym momencie życia. Kogoś kto chciał, ale nie wiedział jak i czego. 
Otoczona zapachem obrazu, odwróciła się przerażona. Jej serce biło tak szybko, jakby za chwilę miało wyskoczyć z piersi. Nie była w stanie opanować drżenia rąk i łez cieknących po policzkach. Jej oddech dopiero po kilku minutach uporczywego stania w miejscu i patrzenia w podłogę delikatnie się unormował. Odwróciła się plecami do obrazu, nie odważyła się spojrzeć jeszcze raz. Zauważyła, że obok niej stoi mężczyzna, który najprawdopodobniej przeżywa to samo co ona przed chwilą.
- Co to w ogóle jest? – zapytał nieznajomy.
- To to, czym jesteśmy. – powiedziała roztrzęsiona, po czym wyszła z muzeum. 

Samochód zatrzymał się. Te same ręce, które ją do niego wrzuciły i związały teraz ją wyciągnęły i uwolniły z więzów. Zanim się zorientowała, samochodu już nie było. Rozejrzała się dookoła i zauważyła, że stoi przed szarym budynkiem z czarnymi drzwiami, na których widniał niebieski napis „ZAPRASZAMY dopiero tu poznasz samego siebie”. Wzruszyła ramionami i weszła do budynku. Wtedy jej oczom ukazało się ogromne pomieszczenie, w którym stało mnóstwo ludzi. Wyglądali jakby na kogoś czekali. Problem w tym, ze panowała tam cisza. Cisza jakiej nigdy w życiu nie słyszała. Tak wszechogarniająca i przytłaczająca, że potrafiła kłuć w uszy. 
Zaczęła się przedzierać przez tłum ludzi, a jej oczom ukazał się obraz. Ten sam, który kiedyś sprawił, że ogarnął ją strach tak ogromny, że cały świat mimo swojego ogromu, przestał istnieć. Szybko odwróciła wzrok i popatrzyła na ludzi skupionych wokół eksponatu. Każdy wpatrzony w przedmiot, zdawał się jej nie widzieć. Na ich twarzach malowała się błogość, wyraz nieograniczonego szczęścia i podziwu. Tak jakby każdy z nich miał możliwość obcować z Bogiem, lub poznać sekret, o którym śnią miliony. A przecież, każdy z nich widział tam…
- Siebie?? – zapytała zdziwiona. Odwróciła się i spojrzała.
Znów ujrzała godne pożałowania dziecko. Istotę przeklętą przez wszystkich i znienawidzoną przez nią samą. Dziewczynka zaczęła płakać i dławić się swoją beznadziejnością. Upadła na kolana i krzyczała. Jej wrzask, poniósł się echem po głowie Moniki, sprawiając, że zaczęła drżeć. Odwróciła głowę i przez łzy ujrzała swojego ojca. Patrzył na obraz szczęśliwy, a ona jeszcze nigdy nie widziała w jego oczach takiego spokoju. Westchnęła bezradnie i otarła łzy. Potem spojrzała na nędzną dziewczynkę i wszystko zrozumiała. 
- Przecież ja taka nie jestem… - wyszeptała i zniszczyła kopniakiem przedmiot.